O co w tym wszystkim chodzi? Kilka przemyśleń i odsłona nowego projektu.

Wracam czasami myślami do całego mojego blogowego życia. Już nawet nie pamiętam, kiedy ono się rozpoczęło.

Facebooka założyłam z ciekawości i o nim zapomniałam. Pamiętam jednak moje pierwsze zdjęcie profilowe. Oj, żal mi, że już go nie mam. Właśnie przez ten portal dowiedziałam się o spotkaniu blogerek i w sumie wtedy zaczęłam poważniej podchodzić do pisania. Nie jestem dumna z tych początków.

Wszystko zaczęło się od upadku

Blogosferę zaczęłam poznawać dopiero po spotkaniu. Chociaż to nie poznawanie, a obracanie się w zamkniętym kręgu. Ciągle to samo – ciągle pielęgnacją włosów. Recenzje kosmetyków, głównie do włosów. Ewentualna odskocznią była pielęgnacja cery. Z początku mnie to bawiło, dopóki nie poznałam innego świata.

Zapragnęłam innego życia, a w zasadzie pisania, ale… Chęć zbudowania wartościowego miejsca przysłoniła mi wszystko. Przede wszystkim zdrowy rozsądek. Bo nie ma nic złego w inspirowaniu się innymi. Złe jest niepróbowanie iść ich ścieżką.

Najzabawniejsze, że nie musiałam wiele na początku inwestować. Aparat już miałam, tylko brakło chęci do nauki. A może właśnie o to chodzi, że aparat przyszedł za łatwo. Udało mi się go wygrać w konkursie. Gdzieś przy dużych marzeniach, łatwa wygrana pokutuje. Mając wtedy jeden z najnowszych sprzętów, nie zrobiłam nic, aby go umieć wykorzystać. Osiadłam na laurach. Gdzieś potem próbowałam wykorzystać to, co mam, ale… Nie podeszłam do tego z otwartym umysłem i chęciami.

Przez ostatnie 2 lata wpadałam w fascynację różnymi blogami. I co? Tylko czytałam je, siedząc jak ta przysłowiowa mysz – pod miotłą. Co ja mogę? Jaką ja mogę mieć pasję? W szkole polonistka mówiła, że nie mam talentu do pisania. Znowu wszystko zostało tylko na kartce w fazie inspirowania się innymi. Możecie mnie za ten tekst skreślić, ale… Powinnam wtedy, chociaż podrabiać to, co mi się podoba. Wiadomo po swojemu, ale próbować i szukać, a nie przechodzić obok. Po czasie złapałam się w kolejną swoją pułapkę.

Wychodzenie z dziury

Bo wiecie, zaczynałam swoją karierę na darmowej platformie. Wolałam zdobytą wiedzę chować do szuflady jak obecnie zdobyty dyplom. Po co czytać? Po co poznawać? Pierwszym wygrzebywaniem się była własna domena. O dziwo tutaj nikim się nie wspomagałam, Google nie liczę. Byłam tak dumna z jej podłączenia, że osiadłam na laurach. Potem zrobiłam duży błąd, kiedy chciałam przenieść blog na własny hosting. Znalazłam dobrą duszę do pomocy. A mój dyplom? Został w szufladzie.

W kwestiach technicznych ogarnęłam się dopiero niedawno. Blog ma osobę od spraw technicznych od kilku miesięcy. Czasami się wkurzam, czasami jest coś nie po mojej myśli, ale… Lepiej trafić nie mogłam. Może i dyplom nada leży w szufladzie, ale wiedza już tam nie jest. Fajnie jest mieć się kogo zapytać o stronę techniczną swoich pomysłów. Bo wiecie, znowu gdzieś się zachłysnę pomysłem, a dopiero rozmowa sprowadza mnie na ziemię.

Znowu upadek z wysokości

Kiedy już wydawało mi się, że zbudowałam swoje miejsce – waliłam głową w mur. Nie będę już nawet wyliczała, ile razy zmieniałam nazwę i ile przy tym straciłam pieniędzy. Pokutowało moje inspirowanie się, ale nie próby tworzenia czegoś – powiedzmy kopiowania. Zresztą, czas na namacalny przykład. Przyznaję się bez tortur, moja próba zahaczenia o Project Life okazała się strzałem w kolano. I nie pod kątem tworzenia kart (z tego nie zrezygnuję), a z powodu opisywania wszystkiego.

Gdzieś znowu zgubiłam zdrowy rozsądek. A przede wszystkim. Schowałam głęboko to, co sprawia mi przyjemność. Bo jak widać tym razem, na samej inspiracji się nie skończyło.

Przyszło mi kolejny raz szukać siebie. Wiem, że na próbie bycia kimś innym nie zdobędę uznania w Waszych oczach. Jeżeli będę szła za popularnymi tematami, nie zaufacie mi. Zawsze będę szarą myszką, która bardziej pisze dla statystyk (choć może i to powiedziane nad wyrost), niż dla Was. Pogubiłam się, chcąc dać za dużo za darmo. Nie przemyślałam sprawy, rozpoczynając pod nową nazwą.

O co w tym wszystkim chodzi?

Wyznania nigdy nie są bezcelowe. Często są tylko przydługawym wstępem jak dzisiaj, ale… Cieszę się, że w końcu mogę się pochwalić podjętymi decyzjami. W końcu (trochę pod wpływem statystyk) dałam dojść do głosu swojemu instynktowi. Patrząc na to, co się w technicznych kwestiach dzieje, nie tylko wiedzę odkurzam, ale też uda mi się wyciągnąć dyplom z szuflady.

Już Wam wspominałam o projekcie typu sklep. Nie bez powodu. Technicznie udało się sprawę obgadać. Nawet rozwiązać bez większych problemów, ale w końcu padło na inne rozwiązanie. No i przede wszystkim podjęłam decyzję, że to żaden sklep nie będzie. Za dużo tego teraz, a ja przecież nie chcę pieniędzy za to, co oferuję.

Udostępniałam już różne rzeczy, ale teraz będzie wszystko w jednym miejscu i bardziej wybiórczo. Nie martwcie się, nie zobaczycie nagle żadnych cen. Uważam, że dopóki musicie zakupić papier, wydrukować (wydać na tusz) i wyciąć rzeczy, nie będzie fair żądać za to zapłaty. I tak moja praca kosztuje, dlatego jest osobna zakładka, a nie we wpisach. Dla mnie fajną zapłatą będzie fakt, że musicie pofatygować się tam, aby coś ściągnąć.

Dumna jestem, że mogę otwarcie tego miejsca oficjalnie ogłosić. Wiem, że na dzisiaj nie ma tam dużo. Postanowiłam jednak, że rzeczy będą pokazywały się wraz z niektórymi wpisami. Muszę też zaznaczyć, że one tam nie będą w nieskończoność. Chcę dać tym sygnał, że doceniam wartość swojej pracy. Powiedzmy, że będą to sezonowe produkty.

Ok, starczy tego marudzenia na dzisiaj. Zapraszam Was po darmowe pliki, a ja znikam pracować nad kolejnymi. Jestem dumna z siebie, że w końcu doszło do mnie, że JA TEŻ MOGĘ. I nie szkodzi, że nie jest to typowy sklep. Ja nie jestem gorsza od innych. Od nowej nazwy chciałam oferować fajne rzeczy – nareszcie się udało to zorganizować.

[su_button url=”http://pixelkolor.pl/darmowe-pliki/” target=”blank” background=”#33bbbc” size=”10″ center=”yes”]Pliki do pobania[/su_button]

Navigate