Czasami praca jest ważniejsza od jedzenia

Od kiedy pracuję w domu, ale tak powiedzmy „legalnie”, zastanawiam się, jak to połączyć z codziennymi obowiązkami. Do tego w tych samych godzinach mieć jeszcze czas na odpoczynek i hobby. A na koniec dnia nie mieć poczucia, że coś mogłam, powinnam jeszcze zrobić, bo… i zaczyna się wyliczanka, aby tylko pogorszyć stan rzeczy.

Oczywiście to, co poniżej znajdziecie, nie jest żadnym nowym odkryciem. Już nie raz wspominałam, że ja i organizacja to dwa odległe bieguny. Chcę jednak pokazać Wam, że warto na sobie poeksperymentować i zamiast tylko znać zasady w teorii, wcielić je w życie. Zaraz pewnie przeczytam, że ktoś nie organizuje sobie życia i mu z tym dobrze. No i fajnie, że tak jest, ale… Sama tak uważałam do czasu, aż nie poukładałam trochę planu dnia.

PRAKTYKA W TEORII A MOŻE ODWROTNIE

Był rok 2017, nie za bardzo letnia lipcowa pogoda, a ja usiadłam, aby tak na serio zacząć przygodę z organizacją. Wcześniej tworzyłam tylko pojedyncze tabelki, ewentualnie kalendarz na dany miesiąc. Wtedy jednak niesiona na fali kupiłam zeszyt w kropki i zaczęłam rysować w nim podpatrzone tabelki u innych.

To były czasy, kiedy kreślenie było zbrodnią. Wszystko musiało być idealne, piękne i w nadmiarze poozdabiane. Obrazki oczywiście tematycznie pasujące do danego miesiąca. Wszystko schludnie prowadzone w jednym kolorze. Doszłam do takiej skrajności, że zaczęłam wykorzystywać drugi zeszyt i rysować od nowa, bo przecież w tamtym tak brzydko to narysowałam.

Tamta historia prowadziła tylko do zniechęcania się w planowaniu. Długo wpisywałam jedynie punkty, aby ładnie wyglądało – skoro tabelki popisane miałam poczucie, że jestem zorganizowana.

BO KAŻDY DZIEŃ TRZEBA JAKOŚ ZACZĄĆ

Nie jestem fanką wstawania wcześniej, aby coś zrobić. Zresztą w ogólnie nie jestem fanką wczesnego wstawania. A jeszcze w tym czasie ćwiczyć czy pracować – chyba komuś się coś pomyliło. Poranek to leniwe zwleczenie się z łóżka, powolne zrobienie śniadania i przejrzenie, co się w internecie wydarzyło, jak mnie nie było. Od rana karmienie się informacjami, które nie sprawiają, że dzień staje się lepszy.

Kilka z poniższych spraw wprowadzam w życie dopiero od tego roku. Wcześniej nadal królował leniwy poranek – kiedyś się wszystko ogarnie, ale najpierw telefon – a potem cały dzień nerwów, że nie mam, czegoś zrobionego.

  • Szklanka wody z imbirem. Już od ponad roku to mój rytuał. Jak nie mam okazji wypić swojej mikstury, bo akurat nie ma mnie w domu, źle się czuję.
  • Nie wchodzenie na portale społecznościowe przez minimum godzinę od wstania. Nie raz zdarzało mi się chwycić za telefon, jeszcze leżąc w łóżku. W zależności od tego, co robiłam sobie na śniadanie, przegląd portali podczas czekania był wręcz obowiązkiem. Teraz też mi się zdarza, ale walczę ze sobą, warto.
  • Choć lekkie rozciąganie z rana. Nad tym nawykiem pracuję. Jak mam miejsce, ostatnio z rana wykonuję normalny trening – joga. Potem siadam do pracy, a następnie do śniadania. W innej kolejności ciężko wyrobić się z ćwiczeniami, bo dom zaczyna się zapełniać.

Kiedyś myślałam – naczytałam się za dużo „mądrych” książek – że poranek to minimum godzina rytuału. Jeszcze najlepiej, aby wszystko było idealnie poukładane, przemyślane. Rytuał u mnie się tworzy, z wyjątkiem weekendów, nie jest jednak idealnie poukładany.

ZDRADLIWY MULTITASKING

Wspominałam już o łapaniu kilku srok za ogon i jeszcze się z tego do końca nie wyleczyłam. Owszem, są rzeczy, które połączyć można, ale… Piszę na laptopie, który nie ma dostępu do internetu – może być z Internetem, ale tak nie ciągnie do przeglądania stron. Gorzej z tworzeniem np. grafiki, gdzie jedno kliknięcie przenosi mnie do cyfrowego świata.

Uczę się odruchu rozłączania internetu, aby nie kusiło mnie zajrzeć na portale społecznościowe. Odcięcie się nie jest najłatwiejsze. Najgorzej, kiedy jednak w internecie muszę poszukać coś do pracy. Wtedy pokusa zaglądania tam, gdzie nie powinnam, jest jeszcze większa.

Mam jeszcze jeden, głupi zwyczaj po siadaniu. Nie będę się zrywała od razu do pracy, zwłaszcza jeżeli mam robić zdjęcia. Po jedzeniu się nie ćwiczy! Więc jeszcze dla chwili relaksu uruchamiam gry na telefonie.

NA ODPOCZYNEK PRZYJDZIE JESZCZE CZAS

Wpadłam ostatnio w rytm ciągłej pracy. Niby tłumaczę sobie, że ja tylko szukam inspiracji, ale do czego? Przecież do tego projektu, który mam wykonać. Potarzam sobie, że nie pracuję. Organizm jednak odbiera to inaczej i czuję zmęczenie, nawet szukając inspiracji.

Moim celem w tym roku jest wypracowanie sobie regularnego czasu pracy. Trudne o tyle, że nie mam konkretnego miejsca na pracę – bardziej typowego biura. Pracując wszędzie ciężko się oderwać. Człowiek mimochodem myśli o pracy.

Co prawda lubię pracować w blokach czasowych. Ilość minut ustalam w zależności od tego, jakie zadanie mam do wykonania. Staram się podczas przerw trochę poruszać np. coś posprzątać. I tu wszystko gra, ale nie ustawiam sobie czasu na szukanie np. inspiracji, bo to przecież po pracy i dla relaksu.

A MOŻE TAK JAKAŚ NAGRODA?

W tym roku po raz pierwszy zapisałam sobie nagrody, jeżeli coś z wyznaczonych sobie celów osiągnę Jest tylko jeden haczyk, nagrody są za duże osiągnięcia. A co w momencie, kiedy uda mi się tylko odhaczyć całą listę zadań na dany dzień?

Takie małe sukcesy przyjmuję do wiadomości i przechodzę do dalszej pracy. Może dlatego przychodzą dni, kiedy nie mam skreślonych wszystkich zadań z listy.

W żartach mówi się, że człowiek odpocznie po śmierci, a potem przychodzi termin kolejnej wizyty u lekarza. I niby zdaję sobie sprawę, że czas trochę zwolnić. Tylko kiedy? Gdzieś podświadomość mówi mi, że na to jeszcze będzie czas. Że jestem dopiero na początku drogi i jak zwolnię, nic nie osiągnę.

Cieszę się jednak z wypracowania w sobie jednej rzeczy, o której już nie raz wspominałam – pracy przed śniadaniem. Ostatnio wstawałam nawet chwilę wcześniej, aby przed pracą poćwiczyć.

Nie chodzi mi dzisiaj o przekonywanie Was do wielkich zmian – np. wstań wcześniej, więcej zrobisz.

Ja przez długi czas chodziłam, ciągle powtarzając, że nie mam na nic czasu, robiąc wszystko na ostatnią chwilę. Nie jest tak, że teraz nagle jest idealnie, bo (akurat w moim przypadku) wcześniej wstaje i pracuję, ale… Zaczynam zauważać ogromną różnicę, dzięki wyrabianiu w sobie nowego nawyku.

Jestem ciekawa, jak Wam idzie organizowanie sobie dnia. Też macie jakieś dziwne przyzwyczajenia? U mnie jest to śniadanie. Jeżeli mogę sobie pozwolić na śniadanie około 10, organizm wcześniej go nie przyjmie.

Navigate