Idealnie zorganizowany czas, a daj mi spokój z tym planowaniem

Przez wiele lat uważałam, że planowanie zabija spontaniczność. Zostałam przyzwyczajona do tego, że decyzje o przejechaniu 700 km można podjąć dzisiaj, spakować się i jutro wyjechać.

Niby to było tylko wakacyjne, ale jednak siedziało tak głęboko w człowieku, że przekładało się na cały rok. Dopiero z perspektywy czasu widzę, ile możliwości zmarnowałam w szkole z powodu braku organizacji. Wtedy jednak nie było możliwości poznania tylu technik co teraz. Czy były osoby wkoło zorganizowane? Oczywiście, ale skoro wyjazdy były spontaniczne, oni byli nudni i kto by się uczył układać plan dnia.

A daj mi spokój z tym planowaniem

Z czasem przyszła moda na planowanie, wyznaczanie celów, określanie postanowień – co gazeta to kolejna porada. Miewałam już wtedy trochę zleceń, ale udawało mi się panować nad chaosem i nie zawalać terminów. Potem dołożyłam sobie studia, ale dalej lawirowałam, bo przecież planowanie to robią wielkie firmy, ludzie na wysokich stanowiskach i tym podobne osoby.

Nie będę już przytaczała, co odpowiadałam na pytania o plany na przyszłość. Tak we mnie to wrosło, że nadal tym tekstem się posługuję. OK, inni nie zadają dalej pytań, ale komu tym szkodzę? Samej sobie. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że od dziecka byłam mistrzem wymówek. Ku mojemu nieszczęściu miałam na co zwalać i ci, co o tym wiedzieli, w zasadzie nie próbowali mnie zmieniać. Nie przeszkadzali mi iść z wiatrem i czerpać tylko z tego, co on przyniesie. Łatwo wtedy przejść do porządku dziennego nad rzeczami, które nie wyszły. Tak miało być i tyle.

Wim, że to wyświechtane, a do tego nadal nie chcę zdradzać szczegółów, ale u mnie choroba też była pewnym przełomem. Nagle musiałam zacząć pewne rzeczy skrupulatnie odnotowywać. Zaczęłam szukać rozwiązania i jakiegoś swojego systemu.

Najpierw był kalendarz na szafie i kolory oznaczające daną rzecz. Już nie mogłam się buntować. Małymi krokami zaczęłam oswajać się z organizacją. Potem odkryłam bullet journal, a w zasadzie rozrysowanie samemu tabelek. Mój pierwszy planner miał wszystko, co mi się spodobało. Kolejny był bardziej przemyślany. Drogi prezent, człowiek się stara.

Rok zajęło mi przekonanie siebie, że od organizacji czasu nie warto uciekać. Przez ten czas nie zmieniła się tylko jedna rzecz – miesięczny kalendarz z kolorowymi oznaczeniami.

Rezygnacja to (nie) koniec świata

Kiedy znalazłam już wstępnie tabelki, które mi pasują – z uporem maniaka – zapełniałam je zadaniami do wykonania. Przyznaję, że zachowywałam się wtedy jako 100% blondynka. Nie skreślałam tych zadań, które już wykonałam. Pod koniec tygodnia jakiś pobieżny przegląd i przychodził czas na „planowanie” kolejnego tygodnia. Błędne koło!

Rozrysowywałam tabelki, pięknie je ozdabiałam i aż grzechem było zostawić je puste. W konsekwencji to były tylko zapisane strony, bo wpisanie „muszę zrobić to i to” działało na mnie jak czerwona płachta na byka. A gdzie w tym spontaniczność? Przez kilka miesięcy miałam zupełnie puste kartki z rozrysowanym tygodniem lub zapełnione po brzegi, z niezrealizowanymi zadaniami. Robiłam tylko to, co absolutnie konieczne.

Koniecznie było oddanie na czas projektów, których się podjęłam. Szkoda, że dla siebie nie umiałam z taką dyscypliną wywiązywać się z zadań. Zawaliłam wiele, patrząc na blog. Kiedy brakowało mi pomysłu, odpuszczałam. Co się stanie? Wtedy myślałam, że nic – potem obejrzałam statystyki. Przez nienaturalnie długą listę rzeczy do zrobienia przestałam się rozwijać, a w zasadzie zaczęłam się cofać. Nie mam jeszcze tak silnej pozycji, aby blog sobie sam poradził.

Postanowiłam jednego dnia, że czas z czegoś zrezygnować. Postanowiłam, że warto pomyśleć, jakie brać zlecenia graficzne. Już wspominałam, że w grafice wektorowej nie czuję się jak ryba w wodzie. Po pierwszym szoku związanym z pogorszeniem stanu portfel nie umiałam skupić się na blogu. Na szczęście rodzina wyciągnęła do mnie pomocną rękę – wsparcie psychicznie nie ma swojej ceny.

Moje próby organizacji i tworzenia list zadań, nie poszły na marne. Usiadłam jeszcze raz do tych list i wypisałam to, co jest dla mnie najważniejsze po rezygnacji  z pewnych zleceń. Plany uległy zmianie, ja w końcu poświęcam się temu, co kocham najbardziej i nie rozmieniam się na drobne dla każdej złotówki. Oby „nie” za jakiś czas przestało chować się w nawiasie.

Gdyby tak móc zamknąć nieskończoność

Znam kogoś, kto faktycznie próbuje ją zamknąć, ale w tej czysto matematycznej formie. W kwestii organizacji myślałam, że znalazłam koniec, ale to było błąd.

Jeden tydzień – skreślone wszystkie zadania, drugi – kilka zostało, na trzeci znowu wszystko skreślone. Potem przyszedł tydzień, kiedy byłam zupełnie bezproduktywna. Taka ciągła, zostaję w świecie matematyki, sinusoida. Chociaż tutaj bardziej pasuje mi cotangens, nie zaczynałam przecież od zera.

Po roku korzystania z papierowych plannerów czułam się zmęczona. Ja lubię zapisywać w nich listę zadań, rozpisywać nowe tygodnie, ale nie lubię tam zaglądać i skreślać rzeczy. Oczywiście zaglądam do list w ciągu dnia, ale niekoniecznie chce mi się przysiąść i skreślić to, co już zrobiłam. Chyba lubię widzieć wszystko bez wertowania kartek.

Osoba, która próbuje zamknąć nieskończoność, chyba nawet nie jest bliżej sukcesu, więc i ja z planowaniem się nie poddałam. Papierowy planner nadal u mnie funkcjonuje, ale czuję, że czas na zmianę formy rozpiski tygodniowej. Na szafie mam przynajmniej dwie kartki kalendarza na dany miesiąc. Lubię patrzeć, mieć zawsze na widoku sprawy związane z blogiem i portalami społecznościowymi.

Wspominałam już na Facebooku o rewolucji w aplikacjach na telefonie. Pomyślałam, że skoro nie potrafię po niego nie sięgać, czemu nie ma być moim plannerem. Wreszcie polubiłam się z kalendarzem – mam go w zasadzie zawsze przy sobie. Postanowiłam nagrać aplikację pozwalającą tworzyć listy z rzeczami do zrobienia. W każdej chwili mogę coś dopisać, wyrzucić, a do tego aplikacja sama przerzuca niezrealizowane zadania na kolejny dzień. Planując na papierze, też widziałam cały tydzień, ale mózg nie chciał patrzeć na to, co pominięte. Teraz wszystko mam na bieżąco.

Pomyślałam, że fajnie będzie mieć też „nawyki” pod ręką. Jeszcze mam w planach zrobienie tabelki i powieszenie jej na szafie, ale jak na razie testuję kolejną aplikację. Fajnie jest mieć to pod ręką, ale tam też nie zawsze chce mi się zajrzeć.

planner, kawa, długopisy, telefon, idealnie zorganizowany czas

Idealnie zorganizowany czas

Obecnie najlepiej sprawdza się u mnie kalendarz na szafie i aplikacja z zadaniami na telefonie. Wróciła do mnie spontaniczność i brak wyrzutów sumienia, że powinnam coś zrobić, a np. gdzieś wyszłam. Mam też więcej ochoty do pracy. Nawet jak mi się nie chce, siadam z nudów i np. piszę.

Jeżeli chcecie nauczyć się organizacji czasu, ale porzucacie to szybciej, niż by wypadało. Polecam czysty zeszyt i tworzenie samemu plannera. Do tego rysowanie tam wszystkich tabelek, jakie nam się u kogoś spodobają. Dzięki temu, po roku, mamy system, który nawet  w chwili „nie chce mi się” mobilizuje do pracy.

A Wy planujecie czy żyjecie z tak zwanego dnia na dzień?

Navigate