W 10 minut od zera do mistrza olimpijskiego

Jak zacząć regularnie ćwiczyć? A w zasadzie to, po co to w ogóle robić. Jest tyle ciekawszych rzeczy do robienia, niż pocenie się i męczenie.

Nie przypominam sobie, abym była fanką regularnych ćwiczeń. Wbrew wielu modą, nawet nie robiłam z tym żadnych postanowień noworocznych. Nie przypominam sobie, aby moja motywacja do ćwiczeń rosła wraz z tekstami, że zbliża się lato. Jakoś nie przepadam do dzisiaj za bikini, więc te argumenty do mnie nie przemawiają.

W czasach szkolnych z całego serca nienawidziłam lekcji wychowania fizycznego. Aby mieć dobre oceny nie dość, że trzeba było być w każdej dziedzinie super to jeszcze mieć wyniki, jako światowej klasy olimpijczyk. I z jednej strony jestem rozżalona na los, ale z drugiej cieszę się, że zdrowie nie pozwoliło mi więcej w tej szopce uczestniczyć. Cieszyłam się, że nawet nie muszę siedzieć na ławce i oglądać jak nauczyciel strofuje tych, którzy nie mają odpowiednich efektów.

Przyznaję, na kilka lat zniechęciłam się do ćwiczeń po tym marnym teatrze. Nie ukrywam, cieszyłam się, że zdrowie dalej było skuteczną wymówką od ćwiczeń.

Pod koniec studiów zaczął kiełkować we mnie pomysł, że może fajnie będzie się poruszać. Konsekwentnie zaczęłam wdrażać plan w życie. Oczywiście, aby za szybko się nie zniechęcić i nie przetrenować – zaczęłam od poszukiwań ćwiczeń. Wtedy już na YouTube zaczęło pojawiać się coraz więcej filmików. Co prawda nielegalnie, ale można było zdobyć płyty z całymi ułożonymi treningami.

Słyszałam, że jeżeli człowiek ogląda innych, którzy ćwiczą, te same mięśnie same zaczynają pracować. Miałam sporo filmików do ćwiczeń w domu. One miały nawet gotowe plany treningowe. Nic nie stało na przeszkodzie, aby się położyć na tapczanie i oglądać. Przecież jak oglądasz, też ćwiczysz.

Jak zacząć regularnie ćwiczyć?

W dużym skrócie: nie słuchać „dobrych” doradców i traktować ćwiczenia jak dobrą zabawę. Do tego nie dać sobie wmówić, że 10 minut i tak nic nie zmieni, i lepiej wydłużać sukcesywnie ten czas.

Kiedy kolejny raz zdrowie dało mi prztyczka w nos, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie lubię ćwiczyć. Co mnie powstrzymuje? Co drażni mnie w ćwiczeniach? Czyli podeszłam dość standardowo do tematu.

Ostatnie lata miałam różne zrywy do ćwiczeń. Raz wytrzymałam nawet około 6 miesięcy z regularną aktywnością. Potem znowu zniechęcenie, znowu na chwilę zryw do ruszenia się z kanapy. Nie uważam, że przegrywałam, kiedy przestawałam ćwiczyć.  Ostatnio wspominałam, że moim domem nie jest tylko jeden port.

Co mnie powstrzymywało od regularnych ćwiczeń

Każda z wymówek to cenna lekcja. Dzięki nim mimo porażek nie zniechęciłam się do ćwiczeń. Do poszukiwania aktywności, która mnie zmotywuje do regularności. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, najwięcej korzyści, dały te najgłupsze wymówki.

  • Problemy zdrowotne, które są najbardziej uzasadnioną wymówką. W szkole na lekcji wychowania fizycznego nie ćwiczyłam, bo miałam kaprys. Przez kolejne kilka lat nie wiedziałam, co i jak intensywnie mogę ćwiczyć, aby nie zrobić sobie krzywdy. Konsultowałam z lekarką, ale jak już coś się niby znalazło, zawsze były jakieś przeciwwskazanie.
  • Wkurzało mnie, że filmiki z ćwiczeniami mają minimum 30 minut, a nawet sięgają godziny. Było mi zdecydowanie za długo poświęcać tyle czasu w ciągu dnia.
  • Bo siłownia czy klub fitness byłby lepszym rozwiązaniem. Tak na wyciągniecie ręki – mogę iść pieszo – niczego nie miałam. A dojazdy po kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów, kilka razy w tygodniu to starta czasu.
  • Nie umiałam się w domu zorganizować. Do dzisiaj nie idzie mi perfekcyjnie z planowaniem, dlatego nie mam do siebie pretensji, że nie zawsze znajduję czas na ćwiczenia.
  • Nie lubiłam, jak kapał ze mnie pot. Miałam jedne ćwiczenia, przy których nie przeszkadzało mi, że podłogę muszę wycierać szmatą od potu. Przez 2 miesiące się ich trzymałam.
  • Mówili mi, że mam ćwiczyć na poważnie, a nie traktować to, jak zabawę.
  • Nie odpowiadała mi osoba prowadząca ćwiczenia. Myślę, że ta wymówka zasługuje na miano najgłupszej, ale… Czasami nie odpowiadał mi wygląd osoby, mało wiarygodny. Styl prowadzenia ćwiczeń. A czasami nawet to, jak osoba mówiła.
  • Skoro ćwiczę, musiałam widzieć efekty. Oczywiście efekty głównie na wadze, bo jakby inaczej. Z jakiego innego powodu się ćwiczy jak nie chęć schudnięcia.

Więcej grzechów chwilowo nie pamiętam. Kiedyś te wymówki uważałam za swoją porażkę. Obecnie wiem, że kiedy trafi się nawet głupsza niż powyższe, zatrzyma mnie to tylko na chwilę. Dam sobie na wstrzymanie i znowu wrócę do ćwiczeń.

Wszystko albo nic

Zaczynając swoją przygodę z ćwiczeniami na „poważnie”, radziłam się innych, czytałam jak do tego podejść. Posiadanie płyt z ćwiczeniami i kalendarzem treningów to trochę mało. Może ilość ćwiczeń lepiej inaczej ułożyć. Od czego w ogóle zacząć. Rozterki nowicjusza. Do tego jeszcze powinnam od razu zadbać o to, co ląduje na moim talerzu.

W międzyczasie trafiłam na genialny portal, gdzie były miesięczne plany, a człowiek czuł się, jakby miał osobistego trenera. Dobrze dobrane ćwiczenia i wytłumaczone tak, że nawet laik zaczyna robić je sam poprawnie. Do tego były różne dietetyczne porady. I jeszcze społeczność, która pomagała, doradzała, wspierała. Nic tylko odpalać miesięczne wyzwanie.

To właśnie na portalu znalazłam program, w który nie przeszkadzało mi zalewanie się potem. Czasami nawet nie zdejmowałam z siebie ubrań, żeby je przy okazji przeprać. Dopiero mokre od wody miałam odwagę zdjąć. Akurat w tamtym momencie doszły problemy zdrowotne, leczenie i nie wspominam zbyt dobrze skutków ubocznych.

Portal został zamknięty, a ja zostałam na etapie „nic”. Spacery zawsze były dla mnie rekreacją, nawet te po kilka kilometrów.

Minimum 30 minut, 5 razy w tygodniu

Wcześniejsze doświadczenia skutkowały tym, że 10 minut to za mało na dłuższą metę. Dałam sobie wmówić, że nic się w moim ciele nie zmieni, jeżeli nie poświęcę więcej czasu na ćwiczenia. Do tego na odpowiednim poziome tętna i najlepiej z dodatkowymi obciążeniami.

Trochę na siłę zaczęłam poszukiwania, co chociaż w 70% wpisuje się w te wytyczne. Znowu dostałam od życia po nosie. I faktycznie na początku obwiniałam ćwiczenia za pogorszenie zdrowia. Odpuściłam, ale poprawy nie było – to już inna historia. Chociaż ona łączy się z dalszymi poszukiwaniami aktywności idealnej.

Co znalazłam dla siebie

Przerabiałam różne filmiki na YouTube, płyty z ćwiczeniami, treningi na wspominanym portalu. Ćwiczenia cardio z obciążeniami. Dużo tego było, a wszystko to łączyło jedno – porzucenie.

Miałam chwilę, dłuższą chwilę, kiedy uważałam, że joga jest idealna dla mnie. I faktycznie tak było, dopóki miałam miejsce do ćwiczeń na dywanie. Obecnie nie posiadam żadnej maty. Te, co miałam, nie nadawały się do ćwiczeń.

Chwilowo pogniewałam się na jogę. W moim przypadku codzienne ćwiczenia odpadają. Organizm sam daje znak, że nie chce. Próbowałam! Po 5 dniach ćwiczeń robiłam 2 przerwy i po powrocie widziałam efekty, ale… Po dwóch albo trzech takich tygodniach zaczynałam chodzić na rzęsach ze zmęczenia i byłam zmuszona na taki sam czas przestać ćwiczyć.

Postanowiłam ćwiczyć co drugi dzień. Może trochę ciężko było mi złapać rytm, ale ważne, że organizm się nie buntował. Pojawił się za to inny problem – brak efektów. Po około miesiącu wszystko sprawiało mi takim sam problem jak na początku ćwiczeń. Jak by ten jeden dzień przerwy było resetem.

Totalnie zniechęcona postanowiłam poszukać czegoś, choć na 10 minut. Spacer to nadal relaks. Rower jest super, ale na to potrzeba pogody i szybko skończyły się trasy po lesie. Zbawieniem okazała się aplikacja, w której są ułożona 10 – 15-minutowe treningi. Trzy razy w tygodniu po 10 minut i po miesiącu nie czuję, że się cofam. Patrząc w lustro, też widzę, że to daje efekty. Najważniejsze jednak, że ja się nie zniechęcam i organizm się nie buntuje.

Triki, które mobilizują mnie do ćwiczeń

Codzienne ćwiczenie u mnie odpada i to bez względu, jakie są intensywne. Niestety, nie bardzo mam też miejsce do ćwiczeń, co utrudnia mi praktykę jogi. Co prawda narzekam, że nie mam efektów, ale chętnie dałabym jej kolejną szansę. Co jeszcze mnie motywuje, chociaż do tych 10 minut?

  • Lubię ćwiczenia, do których nie muszę się specjalnie przebierać, ubierać. Obecnie wybieram te ćwiczenia, które mogę wykonywać w ubraniach, w których chodzę po domu.
  • Wspominałam już, że nie mam maty, więc muszą to być takie ćwiczenia, które jej ode mnie nie wymagają. Do jogi przydałaby się mata, a taka 10-minutowa gimnastyka z aplikacji jej nie potrzebuje.

Niechęć do ćwiczeń rośnie u mnie wraz z ilością rzeczy do przygotowania przed. Nie lubię też ćwiczyć, kiedy wszyscy domownicy są w domu. Obecnie niestety, nie mam takiego czasu tylko dla siebie – stąd też zaniechanie do jogi. Na aplikację potrafię gdzieś wygospodarować 10 minut, aby nikt mi nigdzie nie łaził i nic ode mnie nie chciał. Mam wrażenie, że joga przyciąga innych do przeszkadzania (śmiech). Faktem jest, że do niej potrzeba pełnego skupienia i najlepiej ciszy.

Dla mnie te 10 minut jest pełno wartościowym treningiem, tak samo, jak 20 (czasami dłuższa) minutowa joga. Nie spinam się, że tylko 60 minut z odpowiednim tętnem można nazwać prawdziwym treningiem.

Świadomie wybieram i będę wybierała te ćwiczenia, podczas których nie leje się ze mnie pot, a ubranie jest do prania. Nie jest tak, że to mnie odstrasza. Mam kilka zestawów, które z chęcią bym zrobiła i wiem, że na zakończenie ćwiczeń jeszcze bym ze szmatą tańczyła w pokoju, ale… Takie ćwiczenia to u mnie obecnie lawina skutków ubocznych. I nie chodzi o ich odpowiednie dobranie! Bardziej skomplikowana sprawa, nad czym ubolewam.

Najważniejsze, nie robię sobie już wyrzutów sumienia, że te 10 minut i to tylko 3 razy w tygodniu jest bezwartościowe. Najważniejsze to się ruszać. Jasne, że chciałabym więcej i częściej, ale zdrowie nie pozwala, a ono jest najważniejsze. Do tego uskuteczniam spacery, a jak pogoda pozwala- rower i to po 20, 30 km.

Ćwiczycie regularnie? Jaka jest wasza ulubiona aktywność fizyczna?

Navigate