Małe co nieco lipca 5/2018

Zabierając się za pisanie podsumowania lipca, wpadła mi myśl o porzuceniu tych wpisów. One tak niemiłosiernie pokazują upływ czasu. Są bezlitosne.

W tym miesiącu nie będę jeszcze tak radykalna. W następnym może ominę podsumowanie i czas zacznie wolniej płynąć. Wiadomo, że urzeczywistnić się tego nie da, ale warto pomyśleć o próbie oszukania psychiki. Jeżeli człowiek ma się lepiej poczuć, wiele chwytów jest dozwolonych. Starczy tych marzeń, czas przejść do łapania chwil z mijającego miesiąca.

Codzienność

Kolejną przesłanką do porzucenia cyklu jest, niezapisywanie rzeczy. Jeżeli nie wydarza się coś spektakularnego – w naszym mniemaniu – rzeczy umykają. Mam problem z przypomnieniem sobie, co wydarzyło się w lipcu. I to nie jest tak, że ten miesiąc był nudny, Że nic się w nim nie działo. Wszystko było po prostu radością chwili. Na tyle ulotne, że mózg tego nie zakodował na dłużej. Zostawiło tylko po sobie wiele miłych uczuć na wspomnienie miesiąca.

Lipiec to przecież były mecze. Przez tę zieleń murawy umknęło mi niesamowicie dużo rzeczy. Życie płynęło w zupełnie innym rytmie. Mecze były przerywane innymi wydarzeniami i chyba też dlatego człowiekowi tak wiele chwil umknęło. Dopiero w ostatnim tygodniu lipca wpadłam w rytm pracy bez patrzenia na zegarek, bo zaraz zaczyna się mecz.

Przy takim rytmie dnia łatwiej pamiętać te złe rzeczy niż dobre. Złem jest nie tyle sezon grillowy ile moja miłość do boczku. Taki w pikantnych przyprawach, mocno spieczony. Odchorowałam swoje. Wspomnę jeszcze raz, z mięsa zrezygnowałam z powodów zdrowotnych. Zabawne, bo ryby (podobnie owoce morza) z grilla szybko mi się przejadły, ale boczek… Nadal chętnie zjem.

Zapomniałabym o sezonowych owocach i warzywach. Miałam okazję przejeść się bobem, fasolką, jabłkami, morelami i wszystko takie eko i bio. Jeszcze wpadł mi kabaczek. Do tego dżem z wiśnie z małą zawartością cukru. A jabłka to papierówki, czyli wspomnienie wakacji u dziadków.

lipiec 2018: bób

lipiec 2018: owoce

lipiec 2018: warzywa

Sok z jabłek nie załapał się na zdjęcia. Nie dość, że świeżo robiony to jeszcze człowiek miał udział w krojeniu jabłek do niego. Pyszny był! Wywołam jednak łezkę w oku. Kto jest z rejonów Lublina, Zamościa. Będzie wiedział, o jakie pierogi mi chodzi. Ten smak bułek drożdżowych wypiekanych w piecu pamiętam do dzisiaj. Babcia miałam specjalne oznaczenia kształtu, aby wiadomo było czy nadzieniem są jabłka, czy ser.

I zrobiło się sentymentalnie na koniec.

Po domowemu

Zostanę jeszcze trochę w melancholijnym nastroju. Pierogów jeszcze nie próbowałam robić, ale cebularze bezglutenowe jak najbardziej. Pierwszy raz robiłam je chyba z 2 lata temu z mąki gryczanej. Były dobre, ale to nie był ten smak. Skoro w tym roku mam mąkę idealną, nie mogłam odmówić sobie przyjemności pieczenia cebularzy.

Wyszły jak te oryginalne, tylko trochę za dużo maku dodałam. Teraz będę piekła częściej. Za pierogi się nie biorę – bez pieca nie wyjdą. Tylko smak ze wspomnień sobie zepsuję.

lipiec 2018: cebularze, humms z kalafiora

Poza cebularzami w kuchnie raczej nudno – chleb to już standard pieczenia. Czasami tylko szaleję w nim z dodatkami. Może to dobry pomysł na wpis. Testuję różne rozwiązania, aby sprawić, że nie jest taki suchy. Z rzeczy „dziwnych” zrobiłam w tym miesiącu tylko hummus z kalafiora. Rodzina mi przytaknęła, że jest obłędny. Muszę tylko trochę nad przepisem popracować.

Próbowałam robić frytki z batatów – nie chciałam, aby były miękkie jak zawsze. Wpadły jeszcze babeczki z płatków owsianych, ale to klasyka.

Praca, praca, praca

Skończyły się mecze, można poświecić więcej czasu na pracę. Ciężko było pisać, patrząc równocześnie na telewizor. Robiłam tylko konieczne minimum, dołując się, że reszta nie przynosi efektów. Teraz nadganiam i zaczynam widzieć efekty.

Pewnie niektórzy zauważyli, że zmieniłam, a ściślej mówiąc, wróciłam do poprzedniego motywu (wyglądu) bloga. Powiedzieć, że poprzedni (ten darmowy) był zły, to tak, jak by go pochwalić. Każda kolejna aktualizacja przynosiła kolejne błędy. Już na Facebooku pisałam z przestrogą względem bardzo rozbudowanych motywów z możliwością wybrania spośród prawie setek rzeczy. Odkrywając kolejny błąd, miałam wrażenie, że nawet sam autor już nie wie, co on w tym motywie projektował.

Przez lipcowe niezdecydowanie pogodowe zaliczyłam kilka nieprzespanych nocek, co nie wyszło do końca na złe. Jednego razu zaczęłam planować wpis na blog. Dobrze mi się myślało i wszystko układało w logiczną całość. Dzięki temu już nie muszę narzekać, że nic nie mam, a tym bardziej tworzyć na ostatnią chwilę.

Skrawki czasu wolnego

Lipiec nie obfitował u mnie za bardzo w oglądanie seriali. Po pierwsze znowu wspomnę mecze – można je zaliczyć do kultury? Po drugie musiałam w lipcu zacząć zmieniać swój rytm dnia. Na początku było mi strasznie ciężko. Dzięki zaplanowaniu pracy jest łatwiej, ale…

Jedyny serial, który zaczęłam oglądać to Darker. Nadal dziwię się sobie, że nie przeszkadza mi niemiecki w tle. Nie jest tak, że nie mogę oglądać seriali w starym rytmie. Ja nie bardzo chcę to robić, więc trochę się gubię w serialu, co jest teraźniejszością, co przyszłością, a co przeszłością. Niemniej jednak serial bardzo mi się podoba i muszę go wpleść w codzienność.

Pod koniec lipca wyszedł tylko jeden problem z tamtym serialem, a mianowicie nowy sezon Orange is the new black. Wiadomo, że to priorytet do obejżenia, ale jak go wpleść w codzienność? Dostosowanie się do domowników spycha ten serial na trzecie miejsce w kolejności rzeczy do obejrzenia z rana.

W sieci

Są miesiące, kiedy ciężko mi coś polecić. Znowu mecze – odebrały mi czas na buszowanie po sieci. Potem skupiłam się na pracy i mam tylko to, co mi wpadło od osób, do których często zaglądam.

Z segregacją śmieci nigdy nie miałam problemu. To u mnie w domu było, od kiedy pamiętam, ale… W sklepie dziwne było dla mnie branie jednego warzywa bez pakowania go w reklamówkę. Już od dłuższego czasu walczę ze sobą i pakuję to, co naprawdę jest konieczne.

Czytając definicję asertywności, chyba nie znam bardziej asertywnej osoby niż Ania. Było mi ciężko wybrać tylko jeden wpis do polecenia. Zachęcam do pójścia na jej blog i poczytania. Tam każdy znajduje coś dla siebie.

Moim największym błędem jest niedocenianie siebie. Porównując się do innych, coś podpowiadało mi, że ja nie powinnam czegoś robić, pokazywać. Takie dziwne podejście, które blokowało mnie też do pokazania siebie.

Na blogu

Nie chcę linkować tutaj do każdego napisanego posta. Trochę ich było. Skoro podsumowanie miesiąca postarałam się wybrać te ważniejsze. Takie, do których czuję większy sentyment.

Navigate