Rozpoczynając blog od nowa, chciałam zupełnie zrezygnować z podsumowań np. miesiąca. Wydawało mi się, że taka prywatna strona zupełnie nie będzie pasować do obranego kierunku. Potem pomyślałam, że mogłyby być, ale rzadziej. Problem tkwi gdzie indziej.

Rozmyślając nad losem tych podsumowań, doszłam do wniosku, że ja po prostu czasami pisałam je na siłę. Chcąc się z nich wywiązać na koniec miesiąca, wręcz fabrykowałam wydarzenia. I nie powiem, że np. w kuchni traciłam czas i wyrzucałam to, co ugotowałam. Często jednak robiłam coś na siłę, aby mieć o czym w podsumowaniu napisać. Najlepiej wychodziłam na chodzeniu specjalnie na spacery po zdjęcia.

Zdjęcia też nie zawsze były przemyślane, dopracowane. I nie chodzi o to, aby zacząć teraz kreować idealny świat. Ja po prostu nie lubię się spieszyć, a chęć np. zjedzenia czegoś wygrywała nad jakością, co powodowało szereg frustracji. Bo ja lubię też poza okiem aparatu ładne jedzenie, ale nie zawsze mam ochotę na jego stylizowanie, a wiem, że to akurat warto byłoby pokazać.

Podsumowaniu wróciły i zagoszczą na stałe, choć nie wiem, z jaką częstotliwością. Jednak chcę pokazać, że jestem człowiekiem, mimo pisania o algorytmach.

Urlop od zmartwień

Co prawda nie do końca od zmartwień, ale pomógł w złapaniu do pewnych rzeczy dystansu. W niektórych tylko na chwilę, ale to i tak lepsze, niż ciągle w nich  tkwienie. Jedyne, na co mogłabym narzekać, to pogoda. Akurat pierwszy tydzień października nie pokazał się z pozytywnej strony. Choć i tutaj plus, bo była okazja spędzić więcej czasu z rodziną. Tak pewnie człowiek by więcej po okolicy pojeździł.

Nie wliczając weekendów, jeden dzień był ładny na zwiedzanie. Miałam jeszcze w domu zrobić fajny plan wycieczki, ale mi się nie chciało i wycieczka na miejscu była spontaniczna. W przyszłym roku postaram się, aby lenistwo nie wygrało, chyba że pogoda będzie rządziła – jak w tym roku.

W drodze powrotnej udało się zahaczyć o Warszawę, a w zasadzie jej obrzeża. Nawet z daleka nie widziałam Pałacu Kultury, a co dopiero mówić o jego udokumentowaniu na zdjęciach.

Najważniejsze, że udało się zmienić na chwile powietrze.

Czas się po rozpieszczać

Nadal spędzam dużo czasu w kuchni, lecz nie wszystko dokumentuję. W końcu nie można uważać, że wszystko musi być na pokaz. Do wspominania, owszem, ale też bez przesady.

Z wypieków królował nadal mój popisowy chleb. Robiłam go już z tak przeróżnymi dodatkami, ale zawsze wracam z podkulonym ogonem do klasyki. Najbardziej lubię dodawać śliwki (wcale ich nie czuć) i różne ziarna.

Po lewej najlepszy chleb bezglutenowy domowej roboty. Po prawej pierwsze podejście do piernika w wersji bezglutenowej i wegańskiej.

Udało się już nie raz upiec rogaliki z ciasta drożdżowego. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie były bezglutenowe i wegańskie. Wyszedł mi pyszny piernik, więc choć z tego na święta nie trzeba rezygnować. A przepraszam, chyba będą też ciastka. Placek co prawda z tej mieszanki nie wyszedł, ale nie wiem, czy trochę nie przysłużyła się do tego foremka.

A skoro o rozpieszczaniu mowa, zapraszam do sklepiku po amulety w postaci biżuterii. Po nowym roku pewnie pokaże się tam coś więcej i to nie tylko amulety, ale… To taki dodatek. Szykuję przydatne produkty cyfrowe. Po tym, co jest na blogu, już można zacząć się domyślać co to będzie. Bo z czym związane, to chyba oczywiste.

Ocenianie po okładce

Po jakimś miesiącu odważyłam się otworzyć drugie konto na Instagramie. Nie bałam się o ocenę moich prac, bo są super, ale o tę techniczną stronę. Zwlekałam jeszcze ze względu na nazwę, ale już jest. Pomyślałam, że fajnie będzie dopełnić nazwę związana z lisem i rudymi włosami. Rudy kolor powstał z różowego w programie graficznym.

Zmiana różowych włosów na rode w programie graficznym Photoshop.

W realu postanowiłam obciąć włosy. Pozbyłam się jakichś 20 –25 centymetrów i było mi przez chwilę przykro, ale to tylko włosy. Teraz zastanawiam się, czemu tak długo zwlekałam z cięciem. Wraz z włosami odeszło wiele koszmarów z przeszłości. Zaraz pewnie się dowiem, że mogłam je oddać na perukę. A no nie mogła, bo były rozjaśniane. I po próbach z farbą, wracam do rozjaśniacza.

Paleta cirni od Maxineczka.

Paletę cieni Maxineczki chciałam kupić, już jak wyszła, ale byłam za wolna. Długo brakowało mi szczęścia, aby ją upolować.

Mam już jedną paletę z Make-up Revolution i jestem z niej bardzo niezadowolona. Specjalistką nie jestem, ale mają za mało pigmentu. W tym przypadku też się trochę bałam, ale nie potrzebnie. Jakość w tej cenie jest super. Co prawda róż to nie mój kolor, ale to bardzo indywidualny minus. Ten, który mam teraz też nie jest idealny. Szukam dalej. W palecie rozświetlacz jest dla mnie za mało błyszczący. Lubię go jako cień do powiek.

Krem do ceru naczynkowej na noc Red Blocker.

Zostając jeszcze w kosmetykach, nie mogło zabraknąć mojego ulubionego kremu. Pewnie bym o nim nie pisała, ale producent zmienił trochę formułę, co uważam za duży plus. Krem jest gęstszy i wreszcie nadaje się na chłodniejsze, wręcz mroźne dni. Poprzednia wersja wykluczała go z używania w zimie.

Książki, książki i jeszcze raz książki

Na zdjęciu brakuje jeszcze e-booka Pani Swojego Czasu o tym, jak wystartować z biznesem on-line i nie splajtować.

Książki na zdjęciu od góry: Bądź online - Ola Gościniak Biblia copywritingu - Darek Puzyrkiewicz Jak pisać, żeby chcieli czytać (i kupować) - Artur Jabłoński 7 nawyków skutecznego działania - Stephen R. Covey Zaufanie czyli waluta przyszłości - Michał Szafrański Narreatologia - Paweł Tkaczyk

Śmieję się, że wszystkie te książki są dość ciężkie. I nie chodzi o faktyczny ciężar. Nie mam też na myśli języka, w jakim zostały napisane. Dla mnie żadna z tych książek nie jest do przeczytania i odłożenia na półkę. Wolę przeczytać część i coś przećwiczyć lub przemyśleć. Bo nawet książka Michała skłania do przemyśleń w trakcie. Zwłaszcza jak się jest na rozdrożu.

Planowanie wcale nie jest takie straszne

Planner pełen czasu dostałam tak w zasadzie w prezencie. Mam po roku co do niego mieszane uczucia, ale… Nawet te negatywne z pozoru są pozytywne. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to świetna inwestycja, choć nie wszystko docenia się do razu.

Dość długo narzekałam na papier, ale wystarczyły pierwsze dni grudnia i doceniłam jego jakość. Z dodatnich minusów jest wysoka cena plannera. Po pół roku chciałam kupić coś innego do planowania, ale ta cena działała jak magnes i nie żałuję. Miałam lepsze i gorsze miesiące, jednak po roku wiem, w czym najlepiej mi się planuje. Czego konkretnie potrzebuje do organizacji czasu.

Po lewej Planer pełen czasu od Pani Swojego Czasu. Po prawej kalendarz na 2019 rok od Radzki.

Dzięki Oli zrozumiałam, że potrzebuję typowy kalendarz. Wiem, że w jej plannerze też jest, ale postanowiłam kupić gotowy na cały rok i jeden miesiąc dłużej. A skoro gotowiec to nawet nie brałam pod uwagę innego kalendarza niż Radzki. Ilustracje są przepiękne i te informacje w środku o kolorach, i nie tylko. U Pani Swojego Czasu po nowym roku mam zamiar zainwestować głównie w planner dzienny i tygodniowy. Razem z kalendarzem będzie to idealny system dla mnie.

Pogoda na spędzanie czasu pod kocem

Bo nie samymi książkami człowiek żyje. W ostatnim czasie obejrzałam wszystkie sezony Bojack Horseman. Zauważyłam dużo od wołań do wydarzeń z naszej codzienności. Trochę polityki. Trochę świata show-biznesu. Gdzieś tam taki zwykły świat. Ogólnie, jak ktoś nie jest na bieżąco z wydarzeniami – może być ciężko obejrzeć ten serial. Chociaż z drugiej strony, może człowiek widzi za dużo i powinien obejrzeć to dla samego oglądania historii głównego bohatera.

Drugim serialem była Sbrina. Zamysł fajny, wykonanie super, ale scenarzysta zdecydowanie za mocno bazował na wierze chrześcijańskiej. Oczywiście chodzi o kult szatana, ale zostało to wręcz żenująco rozwiązane. Zazwyczaj jest po prostu zmienione Bóg na Szatan czy Książę Ciemności (nie przywiązywałam zbyt dużej wagi do tego słabego nazewnictwa), a reszta tekstów jak z wiary chrześcijańskiej. Scenarzysta powinien bardziej się przyłożyć, poznając inne religie i ich postrzeganie. Myślę, że wtedy byłaby to perełka godna polecenia.

Takie podsumowania to ja rozumiem. Wszystko takie naturalne, nic nierobione w pośpiechu, który ostatnio mi bardzo nie służy. Przy takim podejściu mam nawet więcej ochoty na dokumentowanie codzienności. Nie czuję już presji, którą wtedy sobie sama narzuciłam.

Jakiś sentyment nie pozwala mi zrezygnować z podsumowań. Obawiam się, że przestanę w pewnym momencie zauważać codzienność na rzecz algorytmów. Bez tego, co tu i teraz nie będę umiała odnieść do życia, tych technicznych zawiłości.

A jak Wam minęły ostatnie miesiące? Ja cofnęłam się dzisiaj do początków października, skończyłam podsumowanie na dniu wczorajszym.