(Nie)konsekwentna podróż dookoła świata

Mimo poszukiwań, przez wiele lat byłam konsekwentna. Obawiając się utopienia, zgubienia w trójkącie bermudzkim – wybieralnym wszystko, co pozwalało mi przemieszczać się po lądzie.

Pod wpływem presji otoczenia, wypracowałam swoją strefę komfortu. Bezpieczne środki lokomocji, bo przecież innym już się udało albo są na dobrej drodze do wyznaczonego celu. Po co ryzykować? Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, jakie to dołujące. Uważałam, że luksusem jest mieć kogo zapytać o radę.

Zabawne, ale moje dotychczasowe doświadczenie z różnymi środkami transportu najłatwiej oceniać mi z perspektywy bloga. Czy to znaczy, że jestem konsekwentna? Mam na swojej drodze jakieś 9 lat jeżdżenia po rondach, więc i tak, i nie. Jestem konsekwentna, bo blog ze mną został, a do tego idealnie wpisuję się w inną dziedzinę życia. Nie jestem konsekwentna, bo nie rozwinęłam przez ten czas skrzydeł.

Mam chorobę morską, wybieram ląd

Głównie z racji młodego wieku, swoje poszukiwania rozpoczęłam od pieszych wycieczek. Wtedy jednak było mnie bardzo łatwo dogonić i powiedzieć mi, że np. inni szybciej chodzą. Człowiek sam zaczyna się porównywać i zastanawia się, że może faktycznie coś z nim nie tak. Problem w tym, że zamiast zacząć więcej ćwiczyć czy zmienić trasę, siadamy na kanapie i mówimy, że chodzenie jest bez sensu.

Potem przesiadłam się na rower, myślałam, że nie będzie mnie tak łatwo dogonić. Jak ja się wtedy myliłam. Porzucając wszystko inne, zaczęłam prowadzić takiego „prawdziwego” bloga. Ten rower ruszył jakieś 9 lat temu. Tylko się zestarzał, a nigdzie nie zajechał, ale…

Przez długi czas wybierałam właśnie rower, aby dotrzeć do celu. Podejmując się tematu włosów, w zasadzie nie miałam zielonego pojęcia, o jaki cel mi chodzi. Niby jakieś sukcesy miałam. Skapnęły mi jakieś profity, ale… Gdzie ja w zasadzie chcę dojechać?

Skoro nigdzie nie dojechałam, postawiłam zmienić środek transportu – tematykę, oczywiście. Wybierając komunikację miejską, mogłam szukać tego, co najlepiej mi pasuje. Wyjechałam oczywiście poza blogową strefę, ale trafiłam na rondo. Jeden z autobusów okazał się tak mocno powiązany ze światem wirtualnym, że zostałam poniekąd zmuszona, do przeproszenia się z blogiem.

Konsekwentna byłam, bo poprzedniej twórczości nie zrównałam z ziemią. Z perspektywy czasu uważam, że to był mój największy błąd.

Konsekwencja odbiłam mi się tak mocną czkawką, że po 9 latach postanowiłam nauczyć się pływać.

Wybrałam statek, pływam w poszukiwaniu domu

Odbiłam od jednego portu i ogarnął mnie hurraoptymizm. Skoro pływam, mogę wszystko, ale i tu dopadli mnie źli ludzie, mówiąc, że muszę znaleźć jeden port. Nie da się pływać całe życie.

Połknęłam tę przynętę i za każdym razem, kiedy przez myśl przeszło mi płynięcie do innego portu – zaczynałam analizować. Płynęłam, ale szybko okazywało się, że trafiam na mieliznę. Wtedy się zaczynało „a nie mówiłam”.

Pstrząc na bloga w ostatnich 2 latach, zawijałam do 4, może 5 portów na trochę dłużej. Za każdym razem myślałam, że to ten jedyny. Można zarzucić mi niekonsekwencję. W każdym z miejsc coś po dłuższym czasie mi nie pasowało. Ludzie trochę racji mieli. Skoro przez tyle lat pływam tą samą, zniszczoną łajbą, jestem niekonsekwentna. Bo z pływania samego w sobie nic nie wynika.

Jednego dnia wpadł mi w ręce list w butelce, w którym przeczytałam: „Mówią, że uczymy się na błędach, dlatego popełniam ich tak dużo, ile tylko mogę, niebawem będę geniuszem”.

W podobnym czasie w jednym z portów miałam okazję porozmawiać o blogu – czym dla mnie jest, jak go widzę, jak wygląda. Wtedy zeszłam na ląd i swoje szukanie tematu określiłam jako skakanie z kwiatka na kwiatek. Wróciły stare koszmary związane z podróżowaniem, głównie wraz z pytaniem, co będzie, jeżeli znowu zmienię zdanie na koncepcję bloga. Chciałam się wtedy tłumaczyć, ale na szczęście dałam sobie czas na chwile rozważań. Z samego rana wsiadłam na statek i wbrew wszystkiemu popłynęłam w stronę wschodzącego słońca.

Ta rozmowa nie była jednak do końca bez owocna. Dała mi kopa, aby szybciej zacząć dbać o swój statek. Wiedziałam, co powinnam zrobić, ale odwlekałam to, bo nie nabierałam wody. Wróćmy jednak jeszcze do wcześniejszych momentów.

Czy któryś port zostanie domem na stałe?

I tak, i nie. Już nie jestem zdania, że zawijanie do różnych portów jest złe, znaczy szukanie swojego miejsca i próbowanie różnych pomysłów. Jeżeli czegoś nie czujemy, coś nam się nie podoba – płyńmy dalej.

Zawinęłam do portu zwanego modą, ale nie chcąc schodzić ze statku, wiedziałam, że tutaj nie znajdę dla siebie miejsca. Po dłuższym błąkaniu się po morzach i ocenach zawitałam do portu, w którym królowały piękne upięcia. Kolejny port, który łączy się z moim zaginionym puzzlem. Ja stałam na statku i chciała, by ludzie w porcie coś widzieli. Znowu postanowiłam dryfować bez celu. Dopłynęłam do znanych mi tylko z opowiadań portów – grafika wektorowa. Może bez przesady, że tylko z opowiadań, ale bez powodu i kogoś u boku, nigdy ich nie odwiedzam. Okazało się, że porty są na tyle blisko siebie, że mogę pływać między nimi bez większych negatywnych konsekwencji.

Ale czy na pewno? Powiedzmy, że w pewnym sensie przegonili mnie tubylcy. Wypłynęłam dalej błąkać się po nieznanych wodach.

Z każdego portu wypływamy bogatsi o dodatkową wiedzę. Dowiadujemy się czegoś o kulturze – o sobie. O oferowanych produktach – o biznesie. O ludziach, nawet tych blisko nas. W tym kontekście nie warto traktować zawijanie do różnych portów, jako porażki. Dlaczego mamy przepraszać za zwiedzanie? Czemu boimy się odwiedzania różnych portów, jeżeli w obecnym źle się czujemy?

Jeżeli będę czuła, że tego potrzebuję, popłynę gdzieś dalej. Obecnie nie czuję, że jestem przypisana do jednego portu. Mam kilka domów i dobrze mi z tym.

A co jeśli zgubię się w trójkącie bermudzkim?

Na szczęście w życiu jest łatwiej niż na wodzie. Tutaj to od nas zależy, czy wydostaniemy się z trójkąta, czy w nim zginiemy. Możemy prosić o pomoc, bez narażania kogoś, że i ta osoba w trójkącie zginie.

Mam wrażenie, że ja już kilka razy odwiedziłam trójkąt bermudzki. Zarzucanie mi, że nie jestem konsekwentna, jest takim wpychaniem mnie do niego na siłę. Nie dość, że nie umiem pływać, to jeszcze ktoś pomaga mi się utopić. I żeby była jasność, nie mam do nikogo o to pretensji. Sama też narażałam swoje życie, wpływając w trójkąt i olewając pomoc.

Potrzeba było czasu, abym przestała uważać pływie od portu do portu za swoją porażkę. Gdyby nie to, nie byłoby mnie tutaj teraz. Obstawiam, że nigdzie nie zagrzałabym miejsca. Dalej uważałabym, że tylko jeden port może być moim domem, a ja muszę być konsekwentna w wyborze.

Pływanie nie jest niekonsekwencją. Pływanie to nauka siebie. Pływanie to szukanie swojej drogi.

W odpowiednim momencie każdy z nas znajduje swój port. A w zasadzie zazwyczaj jest ich więcej niż jeden i to nie oznacza, że coś jest z nami nie tak. Myślę, że gorzej jest z tymi, którzy osiedli w jednym miejscu. Wpłynęli na mieliznę i potrafią snuć tylko piękne wizje o innych portach. Dla mnie np. rodzina i praca to dwa porty nie jeden. Warto poszukać innych portów, jeżeli w obecnym czujemy się źle. Może warto zgubić się w tym c…m trójkącie bermudzkim, żeby chociaż docenić to, co już znaleźliśmy.

W ilu portach czujecie, że jesteście w domu? A może uważacie, że takie pływanie to faktycznie brak konsekwencji? Że dom jest tylko jeden?

Navigate